Główna >>

RSS
Nie idźmy na tę wojnę! To nie nasza wojna!

 

Kilka uwag komunikacyjnych

2008-09-05   kategorie: społeczeństwo rower

Tematyka rowerowo-samochodowo-transportowa ;) jest ostatnio dość szeroko obecna na mojej stronie, w związku z czym postanowiłem zamieścić tu kilka zaległych uwag na te tematy. Do napisania tych tekstów "przymierzałem się" od dawna, ale ciągle jakoś brakowało czasu...

Kraków-Warszawa, rowerem prosta sprawa

Chyba każdemu, niezależnie od wykonywanego zawodu i miejsca pracy, zdarza się częściej lub rzadziej konieczność służbowego wyjazdu do Warszawy (oczywiście nie dotyczy to Warszawiaków ;-)). Dla Krakusów najczęstszym środkiem transportu są pociągi Intercity, które mają na tej trasie bezsprzeczną przewagę nad samochodem, tak pod względem czasu przejazdu, jak i wygody. Jest jednak pewne "ale". Na dworzec trzeba jakoś dojechać, a następnie w Warszawie jakoś dotrzeć z dworca do miejsca przeznaczenia. W odwrotną stronę to samo.

Zamiast zdawać się na komunikację miejską lub taksówki, z których to środków transportu każdy ma swoje niedogodności, a oba jednakowo grzęzną w gigantycznych warszawskich korkach, chciałem zachęcić do prostego i wypróbowanego przeze mnie wielokrotnie rozwiązania, którym oczywiście znowu jest... rower. Zdecydowana większość pociągów Intercity kursujących na trasie Kraków-Warszawa jest obecnie wyposażona w wagony rowerowe. Do takiego wagonu można wygodnie wprowadzić rower i zawiesić go na specjalnych hakach w przedsionku (por. zdjęcie). Tak więc kupujemy bilet z miejscówką w wagonie rowerowym, jedziemy rowerem na dworzec, wsiadamy z nim do pociągu (z samochodem nie byłoby to możliwe... ;-)), na stacji docelowej wysiadamy (warto wcześniej sprawdzić, z którego z warszawskich dworców - Zachodniego, Centralnego czy Wschodniego - będzie nam najwygodniej dojechać do celu), wsiadamy na rower i nie tracąc czasu na poszukiwanie taksówek, przystanków, stanie w korkach itp. gnamy wprost do miejsca, gdzie mamy coś do załatwienia...

Może dla niektórych czytelników tego tekstu zabieranie ze sobą roweru do pociągu na pierwszy rzut oka wygląda na zbyteczną komplikację. Zaręczam, że tak nie jest - po wielokrotnym wypróbowaniu tego sposobu podróżowania stwierdzam, że naprawdę nie ma wygodniejszego, i gorąco zachęcam do spróbowania! Oczywiście trzeba uważać na bardzo agresywnie jeżdżących warszawskich kierowców, a ścieżek rowerowych w Warszawie jest chyba jeszcze mniej niż w Krakowie - ale dzięki nieocenionej pomocy warszawskich rowerzystów udzielanej poprzez grupę dyskusyjną pl.rec.rowery zawsze udawało mi się znaleźć w miarę bezpieczne i wolne od samochodów trasy przejazdu...

Niestety w tej beczce miodu musi, jak to zwykle, znaleźć się łyżka dziegciu - mimo iż PKP umożliwia od pewnego czasu zakup biletów na pociągi Intercity przez Internet, nie ma możliwości zarezerwowania tą drogą miejscówki w wagonie rowerowym - trzeba niestety udać się na dworzec i kupić bilet w kasie. Na moje pytanie w tej sprawie uzyskałem w PKP odpowiedź, że byłoby to trudne technicznie, gdyż nie wiadomo czy w składzie pociągu będzie wagon rowerowy, i taka informacja musiałaby być w systemie, itd. itp. - ale skoro tę informację ma w swoim systemie kasjerka w dworcowym okienku i bez problemu można kupić taki bilet u niej, to dlaczego nie da się w systemie sprzedaży internetowej, który wszak do rezerwacji miejsc musi korzystać z tej samej bazy? Ale to już inna sprawa...

O drogach, kolejach i inwazyjności

Jakiś czas temu brałem udział w konferencji odbywającej się w mieście, do którego niestety nie dojeżdżają pociągi :(, nie ma też sensownego połączenia z Krakowa autobusem. Dojechałem więc pociągiem do Warszawy (tym razem bez roweru, z uwagi na drugi etap podróży), stamtąd zaś czekały mnie dwie godziny jazdy wysłanym przez organizatorów samochodem.

Patrząc w czasie tej podróży przez okna miałem okazję doświadczyć w bardzo dobitny sposób, jak inwazyjna dla otoczenia jest infrastruktura drogowa w porównaniu z kolejową. Szerokie, wielopasmowe drogi zabierają mnóstwo przestrzeni, rozcinają na pół małe miejscowości, dezorganizując w nich życie - wystarczy popatrzeć, jak mieszkańcy bezradnie oczekują na przerwę w sznurze samochodów, aby dostać się do sklepu po drugiej stronie drogi. Widząc to, można w pełni docenić trafność rysunków zawartych w książce AUTOkarykatury. Nie ma się co dziwić, że osoby mieszkające w takich miejscach skarżą się i protestują, narzekają na hałas, kurz itp. To wszystko nie ma miejsca w przypadku linii kolejowych. Nawet na magistralnych liniach z największym ruchem - takich jak Centralna Magistrala Kolejowa - z uwagi na samą technologię ruchu kolejowego pociąg przejeżdża co jakiś czas (a i tak w ciągu doby taka linia przewozi więcej pasażerów niż bezustanny potok samochodów na drodze szybkiego ruchu); w czasie pomiędzy przejazdami pociągów można spokojnie przejść na drugą stronę torów, zwłaszcza że nie są one u nas - tak jak w niektórych krajach - ogrodzone. Przy torach i w poprzek torów biegną polne drogi, po których spacerują piesi i jadą rowerzyści, na polach przylegających tuż do torów rolnicy orzą, sieją, koszą (zależnie od pory roku), pasą się krowy i inne gospodarskie zwierzęta. Czy ktoś kiedyś słyszał, aby ludzie mieszkający przy torach kolejowych protestowali przeciwko hukowi pociągów? Wręcz przeciwnie, jadąc pociągiem często można zaobserwować, jak z przydomowych ogródków sąsiadujących z torami ludzie machają w stronę pociągu, pozdrawiając pasażerów. A czy ktoś macha przy drodze do przejeżdżających samochodów? Chyba tylko autostopowicze, albo osoby sprzedające na skraju szos grzyby, owoce czy inne podobne produkty... Świat przy torach jest przyjazny; okolice szosy skłaniają zwykle do tego, aby od tej szosy uciec jak najdalej...

Sytuacja nie jest jednak jednoznaczna. Drogi wpływają destrukcyjnie na środowisko - tak przyrodnicze, jak i akustyczne oraz socjo-psychologiczne. Widać to na pierwszy rzut oka. Z drugiej jednak strony, te drogi są przecież pożyteczne! Bez nich chociażby nie dojechałbym na tę konferencję. A ponieważ chętnych do jeżdżenia na coraz większe odległości jest coraz więcej, drogi się zatykają i trzeba je poszerzać, modernizować i budować nowe (z czym niejednokrotnie miałem okazję spotkać się na trasie). Nasz świat ogarnęła jakaś dziwna mania przemieszczania się - w codziennych, rutynowych sprawach, nie mówię tu o dalekich podróżach w celach wypoczynkowych czy poznawczych ;) - na coraz większe odległości, mimo że tak naprawdę większość zwykłych, życiowych spraw przeciętny człowiek jest w stanie załatwić w promieniu kilkunastu, no, może kilkudziesięciu kilometrów od miejsca zamieszkania, i w obrębie takiej mniej więcej przestrzeni żyło się jeszcze kilkadziesiąt lat temu... I co z tym fantem zrobić? Chyba tylko jeszcze raz uważnie przysłuchać się pytaniom Małego Księcia, choć tam akurat nie o samochodach, a właśnie o pociągach była mowa... Ale te pytania jeszcze bardziej cisną się na usta, gdy patrzy się na mknące drogami sznury samochodów:

Oświetlony pociąg pospieszny, hucząc jak grzmot, zatrząsł domkiem Zwrotniczego.
- Bardzo się spieszą - powiedział Mały Książę. - Czego oni szukają?
- Nawet człowiek prowadzący parowóz tego nie wie - odparł Zwrotniczy.
I znowu zagrzmiał oświetlony ekspres, pędzący w przeciwnym kierunku.
- Już wracają? - spytał Mały Książę.
- To nie ci sami - odpowiedział Zwrotniczy. - To wymiana.
- Czy było im źle tam, gdzie byli przedtem?
- Zawsze się wydaje, że w innym miejscu będzie lepiej - powiedział Zwrotniczy.

Uroki samochodu w mieście

A na koniec, fragment ze starego artykułu z portalu Interia, do którego link znalazłem na jednej ze stron rowerowych. Jeżeli do kogoś nie przemawiają subtelne pytania Małego Księcia, to może przemówi ten humorystyczny, ale jakże prawdziwy opis drogi do pracy samochodem. Muszę przyznać, że właśnie coś podobnego chodzi mi po głowie, ile razy jadąc do pracy rowerem mijam tłoczące się na ulicach samochody...

Godzina 7.00, prezes dużej firmy mknie w komfortowym samochodzie do pracy. Przez lekko przyciemnione szyby ma piękny widok. Dwie wyrośnięte nastolatki plotkując wyprzedzają go i zostawiają daleko z tyłu. Śpieszą się, idą na zakupy. A prezes pędzi dalej. Właśnie z firmy dzwonią, że kluczowy kontrahent nie ma ochoty spotkać się godzinę po wyznaczonym terminie. Prezes sunie ulicami miasta i wie, że ten kontrakt ma z głowy. Luzuje krawat i przełyka gorycz porażki. O wyraźnie przyspieszył i wrzucił dwójkę... nie, ostre hamowanie i przez głośno mówiący po klimatyzowanym wnętrzu niesie się piskliwy głos księgowej. Pyta z którego konta przelać sumę na ratę leasingową za samochód. Prezes wie tylko tyle, że spóźnienie kosztowało go raty za cały ten rok, ale pędzi dalej. Komputer VDO pokazuje średnią prędkość i spalanie. Dziewięć kilometrów na godzinę i piętnaście litrów na sto kilometrów.

komentarze (0) >>>